Poczta

Stronę Pańśką oglądałem już wczoraj, jest naprawdę świetna!  Ja też interesuje się historią, chociaż bardziej zwróciłem się ku Kanadzie/Ontario i wspominam o niej w moich blogach.
 
Zdjęć z koloni nie posiadam, przypuszczam, że nawet nikt nie miał aparatu.  Mogę tylko powiedzieć to, co pamiętam i co usłyszałem od miejscowych ludzi.
 
Pamiętam, że pałac był utrzymany jako-tako; wchodząc frontowym wejściem do pałacu, pokój, w którym mieszkałem, znajdował się zaraz na lewo i pewnie te dwa okna widoczne na froncie to właśnie od tego pokoju.  Mówiono nam, że po wojnie w pałacu trzymano... konie (!), a potem jakiś czas przekształcono go w... szpital odwykowy dla alkoholików (!!)--pewnie, aby 'ukarać' w ten sposób burżuacyjnych właścicieli tej budowli.  W każdym razie nie przypominam sobie, aby zostało cokolwiek 'ruchomego' z jego oryginalnej świetności, pewnie było dokładnie rozkradzione.  Zresztą co tu mówić o czasach powojennych--na koloniach w kuchni tak kucharki (i pewnie wiele innych ludzi) podbierały jedzenie, że dosłownie go brakowało i nawet były jakieś z tego powodu nieprzyjemne incydenty (były to jeszcze lata Gomułki, którego parę miesięcy potem 'zdetronizowano').
 
Lokalni ludzie mówili, że w stawie koło pałacu kiedyś (przed wojną) pływały ryby, a w klatkach hodowano króliki.  Owszem, był staw, ale kompletnie zarośnięty glonami i zaniedbany, jak też widziałem te zdewastowane klatki i wiele innego popsutego sprzętu.  Ogólnie okolice pałacu były raczej zaniedbane i wpuszczenie do niego dzieci i młodzieży na pewno nie było dobrym pomysłem.  Wspominano, iż właścicielem był Deskur i że jego potomek to wysokiej rangi duchowny w Watykanie--ale za tamtych czasów promowało się inną historię.  Jak wspominałem, gazety zamieściły nakrolog Deskura, gdy po wyborze JPII miał wylew i na drugi dzień musiały to prostować.  Coś mi się kojarzy, iż jeden z naszych dalszych znajomych znał go osobiście i nawet wysłał kondolencje do jego matki (?), ale nie jestem pewien.
 
Również w Sancygniowie znajdowało się duże jezioro/staw  z wyspą; miejscowi ludzie mówil, iż tamtejszy 'dziedzic' (Deskur?) urządzał na tejże wyspie 'Obiady Czwartkowe'.
 
Oczywiście, wtedy nawet nie ukończyłem jeszcze 8 lat i trochę inaczej patrzyłem na wiele spraw... niemniej jednak już wtedy mówiono, że jaka to szkoda, że doszło do takiej dewastacji i potem często o tym pałacu i ich b. właścicielach myślałem.
 
Świetnie też pamiętam tamtejszy kościół i parafię, często chodziliśmy tam, bo akurat urodziły się pieski-szczeniaki... i jednego z nich zabrałem do Warszawy, a potem w kieleckie, gdzie przez 2 lata okresowo mieszkałem--okazał się przecudownym psem, którego do dzisiaj z łezką w oku wspominam.  Nawet zastanawiałem się paręnaście lat temu, czy przypadkiem nie udałoby się nabyć w Sancygniowie jakiegoś jego 'kuzyna'!
 
Czy pałac ten jest w rękach prywatnych czy też w jakimś administracyjnym 'limbo'?  Jest to z pewnością piękna budowla i szkoda byłoby, aby się zmarnowała--chociaż zdaję sobie sprawę, że jego restauracja i utrzymanie to niebagatelny koszt.  Warto byłoby chociaż zabezpieczyć dach...
 

Pozdrawiam,
 
Jacek
2011-02-22 00:03

 

 

kontakt: rafalparyz@onet.eu
2006 - 2023